O pożytkach i szkodliwości wiary w bezpieczny świat

Jakub Bobrzyński

„Pandemia konfrontuje nas, Ludzi, z naszą kruchością, iluzją naszej wszechmocy itd.” – tego typu zdanie, sformułowane na wiele różnych sposobów, w wielu językach świata, powtarzane było w ostatnim czasie tak wiele razy, że zaczynam się obawiać czy ten przymus powtarzania sobie nawzajem tej prawdy nie zamienia się powoli w rodzaj tarczy ochronnej. Kryjemy się za tą tarczą przed rzeczywistym doświadczeniem naszej kruchej egzystencji, które jeszcze chwilę temu naprawdę było naszym udziałem. Niewidzialny wirus krążący gdzieś w przestrzeni między ludźmi: „W sklepie? W windzie? W autobusie? Na ulicy?” Każdy już chyba zadawał sobie to pytanie, gdzie i w jaki sposób można się zarazić. Naukowcy wypowiedzieli wiele hipotez. Jeden zespół badawczy stworzył nawet symulację pokazującą w jaki sposób wirus może rozprzestrzeniać się drogą kropelkową w atmosferze między półkami sklepowymi. Oglądając tę symulację, mogłeś przez chwilę zobaczyć to, czego obecność przeczuwałeś. Niepokój rodzi kolejne pytania. „Jak długo cząsteczki wirusa utrzymują się na powierzchniach?… Kilka godzin? Kilka dni?”… „Kto jest najbardziej narażony na zachorowanie?”… „Jeśli już zachoruję, to jakie jest ryzyko, że przebieg choroby będzie ciężki, będę potrzebował intensywnej terapii, jest ryzyko, że… umrę?”

Nasza niezachwiana wiara, że świat wokół nas jest bezpieczny, została nam odebrana przez coś, czego nie możemy zobaczyć, a tym bardziej zrozumieć, bez pomocy nauki i technologii. Wychodząc z domu w ostatnim czasie, miałem chwilami odczucie jakbym przeniósł się mentalnie do epoki Średniowiecza, gdzie – jak w filmach Bergmana – nieustannie gdzieś w pobliżu człowieka krąży Śmierć. W każdej chwili, z każdej strony może go zaskoczyć.

Aktualizują krzywą zachorowań… wypłaszcza się… Nie, jednak rośnie dalej… Ile dzisiaj osób umarło? Nie tak znowu wiele… Ale czy to są prawdziwe dane?… A ile we Włoszech?… Jezu, aż tyle?… w ciągu jednej doby?… Czy mówią nam całą prawdę?… Kiedy wynajdą szczepionkę?… Podobno umierają tylko ludzie starsi i schorowani… To dlaczego ten umarł tak młodo?… miał choroby towarzyszące, uff… Małe dziecko!?… Ile w końcu jest tych respiratorów?… Leci samolot z Chin… największy na świecie… Ameryka wypowiedziała wojnę… drobince białka i RNA o średnicy 60-140 nanometrów… Dwa największe koncerny farmaceutyczne tworzą wspólny program badawczy… nie będą konkurować o cenę szczepionki… dla dobra ludzkości… Świat stanął na głowie… Kiedy to się skończy?… Za dwa tygodnie? Za dwa lata?… A może wszyscy umrzemy?… Albo prędzej zwariujemy…

Ludzie tę średniowieczną czujność na zagrożenie, świadomość nieuchronności losu, dawno temu utracili, dając się uwieść oświeceniowej wierze we własne, nieograniczone możliwości. Ta wiara ma niewątpliwe zalety: stworzyliśmy sobie bezpieczny i wygodny świat, w którym możemy coraz pełniej realizować własne możliwości. Ideał samorealizacji, wyzwalania własnego potencjału, stał się czymś w rodzaju moralnego obowiązku każdego mieszkańca zachodniej cywilizacji. Ta wiara ma jednak też swoje złowrogie oblicze: ludzie tworzący swój własny iluzoryczny świat łatwo tracą z oczu to, co do tego świata nie pasuje.

„Jak możemy ulepszyć świat, w którym żyjemy, uczynić go bardziej przyjaznym, bezpiecznym?” to pytanie, jakie zadają sobie młodzi ludzie z aspiracjami, dumni wychowankowie zachodniej cywilizacji. Nigdy wcześniej w naszej historii odpowiedź na to pytanie nie wzbudzała tylu wątpliwości. Nigdy wcześniej świat nie mierzył się z tyloma realnymi zagrożeniami naraz: zagrożenie katastrofą klimatyczną, rosnące w siłę autorytarne reżimy, wiszący na włosku konflikt nuklearny (o jego przebiegu dowiadujemy się z Twittera), rosnące konflikty społeczne na tle ekonomicznym, ideologicznym, etnicznym…

Nigdy wcześniej wiedza o tym, co jest dobre, a co złe dla naszego świata, nie była bardziej zrelatywizowana, budząca zwątpienie. Ikonicznym przykładem tej względności może być widok sprzed kilku lat, nadal dostępny na Youtubie: dziecięco-niewinna buzia Marka Zuckerberga, zeznającego przed Senatorami Stanów Zjednoczonych. Twórca Facebooka – niczym najlepszy uczeń w klasie, jak zawsze przygotowany – odpowiada na pytania komisji powołanej do wyjaśnienia podejrzeń o nielegalne udostępnienie danych użytkowników Facebooka, użytych w celu zakłócenia demokratycznego przebiegu wyborów. Chłopczyk wyjaśnia Starszyźnie Plemiennej jak działa współczesny świat. Nie jest to przeciętny chłopiec. Jego geniusz jest niewątpliwy, ale zabawka, którą stworzył, ma potencjał, który przerasta nie tylko jego, ale nas wszystkich. Nigdy wcześniej w swojej historii ludzkość nie była bliżej stworzenia naprawdę kosmopolitycznej, ponadnarodowej wspólnoty, połączonej siecią wspólnych zainteresowań. Zjednoczonych… pasją lajkowania. A jednocześnie, ludzie nigdy wcześniej nie byli tak bardzo podatni na manipulację ukrywaną pod pozorami „drobnej korekty” procesów zbiorowego podejmowania decyzji. Inżynierowie ludzkich dusz zrobili kolejny krok na drodze postępu ludzkości: potrafią jeszcze skuteczniej sterować zachowaniami niektórych ludzi (stanowiących dla nich kategorię tzw. „niezdecydowanych”). Czy to nie paradoks?

Czy tego chcemy, czy nie, nasz umysł jest umysłem społecznym. Jesteśmy połączeni niewidzialnymi sieciami emocjonalnymi. Wspólnie odczuwamy lęk, kiedy zagrożenie jest naprawdę realne, wspólnie zaprzeczamy rzeczywistości, kiedy ta rzeczywistość za bardzo wytrąca nas z poczucia beztroski. Mamy wrodzoną tendencję do unikania cierpienia. Zygmunt Freud określił to zjawisko mianem zasady przyjemności, tendencji do oddalania się od aktywności psychicznej, która wzbudza w nas przykre doznania. Rzeczywistość stawia jednak opór. Frustruje nasze pragnienia, które próbujemy zaspokoić wytwarzając alternatywną, halucynacyjną rzeczywistość. Jednak to, co realne, nie ustępuje. Nasz aparat psychiczny musi się przystosować do wymogów tej rzeczywistości. Na tej drodze rozwija się myślenie (rozumiane nie tylko jako proces świadomy ujęty w słowa, ale także nieświadomy) oraz działanie nakierowane na tę rzeczywistość.1

Obserwując, co się wokół nas dzieje, często mamy ochotę powtórzyć za Olgą Tokarczuk: „Coś z tym światem jest nie tak!” Kto to wszystko tak zaprojektował? Czemu nie mogłoby to wszystko jakoś lepiej funkcjonować? Co zrobiliśmy, że znaleźliśmy się w takim miejscu? Przecież jako ludzkość nie jesteśmy jednym organizmem, który – niczym jednostka – kieruje się jakąś zbiorową wolą. Czy każdy z nas – z osobna – rzeczywiście ponosi odpowiedzialność za zbiorowe działania tej całej masy ludzi w ciągu całej historii świata? Czy mówienie sobie: „każdy indywidualnie może mieć wpływ na los całości” nie grozi popadnięciem w logikę prowadzącą do przekonania o istnieniu jakiegoś zbiorowego Ducha, kierującego się swoimi prawami, na które jako jednostki nie mamy wpływu? Ale z drugiej strony, czyż nie stanowimy jakiejś części tej całości? Nie współodczuwamy z nią? Nie boimy się o nasz zbiorowy los, w który wpisane jest życie każdego z nas dzisiaj i życie tych, którzy przyjdą po nas? Czy nie mamy ochoty zbuntować się na te prawa, które wyczytujemy z biegu wydarzeń, przejąć stery nad biegiem historii? Przecież wystarczy jakiś zbiorowy wysiłek, mamy do tego wiedzę i technologię… Nie, to beznadziejne, znowu wpadamy w pułapkę omnipotencji. Miotamy się pomiędzy zbiorowym poczuciem winy, którym wzajemnie się przerzucamy, a zbiorowym entuzjazmem i wszechmocnym przekonaniem, że wszystko się da naprawić, żebyśmy tylko mogli żyć tak wygodnie i bezpiecznie, jak dotąd… Chwila zatrzymania się w tej szamotaninie konfrontuje nas z absurdalnością życia. Coraz więcej ludzi odczuwa bezsilność wobec irracjonalności świata, w którym żyjemy. Nie pierwsi coś takiego odczuwamy. Już kiedyś ktoś napisał (on też już nie jako pierwszy coś takiego odczuwał): „…poczucie absurdu […] wybłyska z porównania stanu faktycznego i pewnej realności, aktu i świata, który go przekracza. Absurd jest przede wszystkim rozdźwiękiem […] nie jest w człowieku […] ani w świecie, ale w ich wspólnej obecności. Na razie jest jedyną łączącą ich więzią.”2

Jak szukać wyjścia z tego poczucia absurdu? Jak odzyskać sens w tej więzi łączącej nas ze światem?

W ostatnich latach (przed pandemią) przemieszczanie się w przestrzeni stało się dla nas dziecinnie proste. Rozwój technologiczny doszedł do takiego punktu, że wymiana informacji na skalę globalną zachodzi teraz z prędkością światła. Dzięki temu rozwojowi – zdawałoby się – niezwykle dużo zyskaliśmy, a na pewno do perfekcji opanowaliśmy dwa przestrzenne wymiary świata. Cała kula ziemska stała się dla nas naszym domem. Coś jednak jest nie tak. „Przekraczamy granice bezpieczeństwa, które są kluczowe dla zdrowia naszej planety”, stwierdzili właśnie jacyś naukowcy. Stało się jednak dużo więcej. Straciliśmy pozostałe wymiary naszego doświadczenia. Świat stracił swoją głębię.

Odpowiedzią na tę utratę jest tekst Tokarczuk pt. „Czuły narrator”3. Literatura, opowiadanie historii, dzielenie się w ten sposób jakimś głębokim, nieuchwytnym doświadczeniem, to jeden ze sposobów na odzyskiwanie tej głębi. Psychoanaliza i literatura, wbrew pozorom, mają wiele wspólnego. Podobna jest, wpisana w obie te dziedziny, struktura relacyjna: Autor – Czytelnik, Analizant – Analityk. Psychoanaliza również zaczyna się od pytania „Dlaczego?” Dlaczego fakty mojego życia układają się tak, a nie inaczej? Tym faktom życia, dzięki analitycznej wymianie, jest nadawany sens, stają się one naszym doświadczeniem, w którym odkrywamy pewną ciągłość. Ta wymiana pomiędzy Analizantem i Analitykiem, jest czymś podobnym do aktu tworzenia w literaturze: coś ledwo uchwytnego, niewyrażalnego, zostaje – dzięki wspólnemu wysiłkowi – ubrane w słowa. Coś, co pochodzi z jakiejś sfery poza czasem i przestrzenią, z jakiegoś innego wymiaru, w którym przeczuwamy istnienie czegoś, co nazywamy duszą („czuły narrator”). Żeby literatura mogła spełniać swoją funkcję, dusze Czytelnika i Autora muszą spotkać się ze sobą. Podobnie jest w psychoanalizie. Jednak warunkiem, który musi być spełniony, żeby doszło do tego spotkania, jest wiara, że otaczający nas świat jest bezpieczny. Poczucie zagrożenia mobilizuje do otwierania oczu na rzeczywistość zewnętrzną, to jest naturalna reakcja. Jednocześnie grozi to nam zamknięciem się na nasz świat wewnętrzny.

Miałem sen… jedna scena… kolejna… jeszcze coś… niewyraźnego… To nie ma sensu. A może ma?… coś mi się kojarzy… Aha, to o to może chodzić… Nie pomyślałem o tym wcześniej… Ale właściwie skąd to się wzięło?… To jest jak list wysłany w butelce… Ale kto jest nadawcą tego listu? Kim w tym wszystkim jestem ja? Bohaterem tych scen? Nadawcą tego listu? Odbiorcą?… Ale, zaraz… co to znaczy „ja”?

Cierpienie w procesie analitycznym wynika z rozpoznania we własnym wnętrzu treści, które są często nieprzyjemne dla naszego świadomego self. Skłania ono do uznania, że nie tylko nie jesteśmy panami własnego życia, ale nawet nie jesteśmy panami we własnym domu (własnej jaźni). Centrum naszego ja jest gdzieś głęboko ukryte, z dala od naszego życia na jawie. Śni nam się coś, co nas porusza, co wydaje się z pozoru jakąś prostą sceną, historią. Z czasem dochodzi do nas znaczenie tego snu. „Aha, to o to chodziło!”, „Nie przyszło mi to do głowy!” „Skąd coś takiego we mnie się bierze?” Sny to ślady jakiegoś ukrytego, niewidzialnego nurtu, który płynie w nas, wieloma odnogami, łącząc się i rozdzielając. Te nurty zmierzają w jakimś nieznanym kierunku. One wszystkie składają się na nasze trwanie. Zgłębianie tych wielu, ukrytych w zakamarkach naszej duszy, nurtów jest żmudne i długotrwałe, wymaga cierpliwości. Ale na dłuższą metę ten wysiłek się opłaca. Dzięki niemu przestajemy z czasem ulegać niektórym zgubnym dla życia złudzeniom dotyczącym naszego miejsca w świecie. Okazuje się, że jesteśmy tu tylko przejazdem. Ale są też inni. I będą inni po nas.

Twórczy proces jest wyrazem siłowania się, negocjowania tych podstawowych prawd związanych z życiem, z którymi nie możemy dyskutować, ale z którymi nie przychodzi nam tak łatwo się pogodzić (dlatego twórczość wiąże się z cierpieniem):

Nie jestem centrum świata. Potrzebuję innych. Mogę mieć niszczący wpływ na moje otoczenie. Nie jestem nieśmiertelny…

Nie jestem?… boję się śmierci…

Kraków, kwiecień, 2020r.

1

 Z. Freud, Uwagi na temat dwóch zasad procesu psychicznego (1911), w: tegoż Psychologia nieświadomości, przeł. R. Reszke, Wydawnictwo KR, Warszawa 2007, s. 5-14.

2

 A. Camus, „Mit Syzyfa” (1965), w: tegoż Eseje, przeł. J. Guze, PIW, Warszawa 1971, s. 114.

3

 Przemowa noblowska Olgi Tokarczuk, The Nobel Foundation 2019, https://www.nobelprize.org/uploads/2019/12/tokarczuk-lecture-polish.pdf; dostęp: 26.04.2020

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *